Największy kłopot mam z główną bohaterką
Trochę czasu jednak zajęło mi zrozumienie, że żeby tak było, musi mieć całkiem sporo wad a ja muszę ją wpędzić w kłopoty.
„Nie znosiła swojego życia. Czuła się jak chomik w kołowrotku. Codziennie to samo, szkoła, praca, dom. Wszystko jakby poza nią samą. Robiła, co musiała, kiedy musiała i jak musiała. Czy aby jednak właśnie tego chciała od życia? „
Wymyśliłam ją sobie trochę na podobieństwo swoje i to okazało się sporym błędem, pociągającym za sobą pewną bezradność w kreowaniu jej postaci. Chciałam, żeby czytelnicy ją pokochali i z zapartym tchem śledzili jej poczynania. Zależało mi, żeby jej kibicowali i – co było dla mnie ważne – z przyjemnością przebywali w jej towarzystwie. Trochę czasu jednak zajęło mi zrozumienie, że żeby tak było, musi mieć całkiem sporo wad a ja muszę ją wpędzić w kłopoty. Tymczasem kłóciło mi się to bardzo z pomysłem na fabułę. Tak początkowo myślałam, niesłusznie.
Szybko zrozumiałam więc, że żeby książka była ciekawa, muszę dać czytelnikowi powody do zmartwień, postawić go w sytuacji, w której poczuje się niekomfortowo i wetknąć do fabuły bohaterów, którzy zaczną zagrażać głównej postaci. Tylko wtedy będzie ciekawie. Niestety sielanka jest nudna a człowiek nudy nie lubi, nawet wtedy, kiedy wydaje mu się, że właśnie o niej marzy. Taki paradoks. Dość szybko więc przyszło mi zrewidować swoje pomysły i tu pojawiły się schody. Jak to zrobić, żeby Kaja musiała mocno powalczyć o swoje, ale w ostateczności nadal jej nowe życie wydawało jej się lepsze i właśnie takie, jakiego chciała? Pomysły przyszły same w toku pisania, jak to zwykle u mnie bywa. Niektóre nadal się rodzą i pewnie to jeszcze nie koniec listy spraw, z którymi biedna Kaja będzie musiała sobie poradzić.
Nie mogę – rzecz jasna – zbyt wiele wam zdradzić, możecie się jednak spodziewać, że mieszkańcy Lichoty nie tak od razu przyjmą Kaję i jej córkę Zuzę z otwartymi ramionami i nie bez znaczenia będzie tu dziedzictwo ich przodków a nawet cień ostatniej na tych terenach czarownicy
Drugim problemem były wady,
w które musiałam wyposażyć Kaję. Miała mieć dar i być wyjątkowa. Chciałam też bardzo, żeby była postacią pozytywną i dobrą, z taką nieco naiwną wiarą w człowieka. I taka została, trudno. Nie mogła jednak być przecież idealna. Takich nikt nie lubi, a w książce są wręcz niewiarygodne. Każdy przecież ma jakieś wady, nikt nie jest doskonały. Jakie więc “dać” Kai? Z tym miałam naprawdę problem.
Jej relacje z ludźmi nigdy nie były oczywiste. Nie do wszystkich zbliżała się na tyle, by mogli ją poznać. Była dość skryta, zachowywała dystans. A jednak potrafiła zjednywać sobie ludzi, a co najważniejsze potrafiła pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebowali. (z moich notatek)
Wymyśliłam więc, że jej relacje z ludźmi będą nieoczywiste. Postanowiłam, że będzie skryta, zamknięta w sobie i na pierwszy rzut okaz dość niedostępna. Z tych, co to znacznie zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Uznałam, że pasuje to do fabuły, bo dzięki temu Kaja będzie musiała trochę popracować nad swoimi relacjami z mieszkańcami Lichoty.
Duga wada
zgrabnie przełożyła mi się też na główny cel bohaterki. Otóż Kaja (podobnie jak jej matka, ale o tym może kiedy indziej) nigdy nie walczy o siebie, zawsze ucieka – od problemów, od zagrożenia, od tego, co trudne. Unika też jak może konfrontacji. To jest spora wada, przyznacie. Ona jednak nawet sobie za dobrze z tego mechanizmu nie zdaje sprawy. Może dlatego, że przez lata popychali ją do działania i trzymali w cuglach, ratując przed ucieczką, najpierw babcia i mama (tak, mimo że sama działała podobnie, a może właśnie dlatego) a potem mąż. Po jego śmierci nie było już komu. I tak Kaja powoli wycofywała się z życia, przegrywając wszystko co ważne, nawet relację z dorastającą córką.
Przez ostatnie lata dusiła się w swoim życiu, kręciła w kółko, spadała z każdej góry, na którą tak mozolnie się wspinała. Przytłoczona codziennością, spychana w czarną dziurę smutku i ciągle nieprzepracowanej żałoby uciekała coraz dalej od źródła – trwała w jakimś dziwnym przekonaniu, że tak musi, że taka jest jej droga. Ostatnio jednak doszła do ściany. Pajęczyna niewidzialnych nici oplotła ją tak szczelnie, że nie była już w stanie się ruszyć. Niby żyła jak wcześniej, ale nic już jej nie cieszyło, nie sprawiało satysfakcji.
Czuła jedynie niemoc i strach.
Wyjazd do Lichoty tak naprawdę jest jej kolejną ucieczką, tym razem jednak ma być inaczej. Moce domu i przodków oraz jej własna świadomość i determinacja mają sprawić, żeby to była już ostatnia ucieczka. Kaja postanawia, że tym razem zawalczy o siebie, o córkę i o ich nowe życie. Czy jej się uda? Zobaczymy!
Tyle na dziś o Kai. Choć napisałam już dwie trzecie książki, wciąż jeszcze staram się dopracowywać tę postać. Jest ważna i zależy mi na tym, żeby mogła pociągnąć nie tylko “Dom szeptów”, ale też kolejne tomy opowieści. Jak myślicie da radę?
0 komentarzy