Gromnica z papeterią

Jak pisać, by przekaz był uniwersalny?  

Wszyscy, bardziej lub mniej świadomie, odbieramy rzeczywistość przez pryzmat własnej wiedzy i własnych doświadczeń. Każdy z nas ma swój specyficzny świat, co jest tak oczywiste i naturalne, że zwykle tego nie analizujemy. Na co dzień w ogóle tego nie zauważamy. Kiedy jednak piszemy książkę i chcemy innym opowiedzieć jakąś historię, okazuje się, że to co jest oczywiste dla nas, dla innych może być zupełnie niezrozumiałeJak więc pisać, by przekaz był uniwersalny? Zapraszam do dyskusji!

Dotyczy to zarówno drobiazgów, jak i całego systemu wypracowanych przez nas przez lata znaczeń, sądów i skojarzeń. Tak się złożyło, że ostatnio przekonałam się o tym kilkakrotnie, co zmusiło mnie do refleksji. I tu pojawia się pytanie. Jak pisać, by z jednaj strony nie pozbawić tekstu tej swoistej, autorskiej perspektywy, z drugiej zaś strony podać go czytelnikowi w formie dla niego strawnej i zrozumiałej. Jak bardzo uniwersalne powinno być to, co i jak piszemy?

Żeby wyjaśnić Wam, o co mi dokładnie chodzi, posłużę się kilkoma prostymi przykładami z moich ostatnich, pisarskich i nie tylko pisarskich doświadczeń.

Napisałam ostatnio scenę, w której na początku moje bohaterki – matka i córka – siedzą sobie w mazurskiej chacie, czytają pod kocykami każda swoją książkę i z coraz większym niepokojem nasłuchują zbliżającej się burzy. Miało być miło, przytulnie i trochę zabawnie. Taki sobie wstęp, do tego, co potem ważnego w tej scenie miało się wydarzyć.

 

– Mamo… Ta burza się chyba zbliża, jak myślisz? – Zuza burzy bała się od dziecka, a tu, na wsi potrafiły one być naprawdę gwałtowne. (…)

 

Kaja też czuła się trochę nieswojo. Dom otaczały wielkie, stare drzewa i choć zdążyła już je pokochać, wizja wichury, która powyrywa je z korzeniami albo pioruna od którego zapali się dach, bardzo działała również na jej wyobraźnię. Nie chcąc jednak straszyć córki, nie mogła tego po sobie pokazać i dzielnie trzymała fason.

 

– Może powinnyśmy coś zrobić? – Zuza nie odpuszczała. Rozejrzała się, jakby szukała czegoś, co mogło ją przed burzą ochronić. – Mamy tu chociaż jakiś piorunochron? – zastanawiała się. – Mamo!? Słyszysz, co do ciebie mówię?

 

– Ale że niby co? Mam poszukać gromnicy? – zażartowała Kaja, próbując zbagatelizować i swoje strachy.

 

– No nie wiem, kiedyś ludzie podobno wierzyli, że pomaga – bez przekonania podchwyciła Zuza. – Wiesz, ludowe mądrości, te sprawy. Może wiedzieli więcej…

 

Huk deszczu się nasilał zagłuszając jej dalsze słowa. Chwilę później nad sobą usłyszały, jak woda kapie do porozstawianych podczas ostatniej ulewy misek. Kaja zerwała się i ruszyła na strych. Wolała sprawdzić, czy dach nie zaczął przeciekać w miejscach, których jeszcze nie zabezpieczyły. I całe szczęście, bo zaczął!

Wydawało mi się, że trochę prześmiewcza i ironiczna odzywka Kai o gromnicy, która miałaby jakoby ochronić dom przed skutkami piorunów, jest zaczepna i zabawna. Dodatkowo pasowała mi, bo pozwoliła potem na nawiązanie do wspomnień z dzieciństwa Kai, w których babcia stawiająca gromnicę w oknie tłumaczyła wnuczce, że choć w to nie wierzy, robi takie przedstawienie “dla ludzi”. Ma to znaczenie dla fabuły, czytając całą książkę, dowiecie się, dlaczego.

Byłam więc ze swojego pomysłu zadowolona. Tymczasem, trzy osoby z pięciu, które czytały ten mój tekst w ramach grupy pisarskiego wsparcia, nie miały pojęcia, co to w ogóle jest ta gromnica, a o zwyczaju stawiania jej podczas burzy w oknie, tym bardziej nie wiedziały.

Zszokowała mnie ta sytuacja. Nie dlatego, że inni nie wiedzą, czym jest gromnica, tylko dlatego, że ja ani przez chwilę nie pomyślałam, że to nie jest zupełnie uniwersalny, zakorzeniony w kulturze semantyczny pewnik. Dla mnie taki był. Sama również nigdy nie stawiałam gromnicy w oknie, religia jest mi dość daleka, a jednak wszystko to wydawało mi się znane i oczywiste.

I co teraz? Zostawić tę scenę, czy z niej zrezygnować? A może dać tylko wyjaśniający przypis?

Podobna sytuacja spotkała mnie ostatnio w życiu. Zapytałam w sklepie papierniczym o papeterię. Z reakcji młodej ekspedientki wynikało, że nigdy w życiu nie słyszała o papeterii i nie ma pojęcia, co to jest. Ja wiem, że jestem już stara, sama papierowych listów nie piszę od wielu lat (tym razem chciałam napisać, ale dlaczego i do kogo, zdradzę Wam może w innym tekście), ale na to, że można nie wiedzieć, czym jest papeteria, nie wpadłam. Dla mnie znaczenie tego słowa było oczywiste. Znowu okazało się, że nie dla wszystkich. Przepytałam potem na tę okoliczność kilka młodszych ode mnie osób i – powiem Wam – problem jest.

I trzeci przykład. W jednym z dialogów użyłam w wypowiedzi nastolatki słowa “cool”. Wydawało mi się odpowiednie i niewyszukane. Ktoś mi jednak zwrócił uwagę, że chyba młodzi już tak nie mówią, a nawet jeżeli mówią, to za dziesięć lat to się na pewno zmieni i wtedy dla czytelników takie określenie będzie dziwne, niemodne i niekomunikatywne. Powinnam więc z niego zrezygnować. Argument przyjęłam, bo nie sposób nie przyznać mu racji, ale… Jak w takim razie stylizować wypowiedzi nastolatków, żeby z jednej strony były na czasie i wiarygodnie skonstruowane, a z drugiej strony pozostały uniwersalne?

Wszystko to mocno mnie poruszyło, bo poczułam się trochę wobec tego problemu bezradna. Jak pisać w takim razie? Na wszelki wypadek nie zapytałam o to żadnego z modeli AI, bo domyślam się, że wtedy dopiero miałabym mętlik w głowie.

Pytam więc Was, zapraszam serdecznie do dyskusji na ten temat. Bardzo jestem ciekawa Waszych jako Czytelników i jako Twórców refleksji i wniosków.

Newsletter

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *